Brak przyrody rozsypał moje emocje.
Znalazłam jednak swoją niszę i teraz ją mebluje.
Słońce - najważniejszy element, w słońcu rozkwitam. Uwielbiam kiedy poranne promienie ogrzewaja moje policzki. Napełnia mnie spokojną radością na cały dzień.
Tło - wtapiam się w tło, powoli staję się elementem rzeczywistości, kiedy jadę na skuterze wyglądam jak Indonezyjka (no może poza świecącymi bielą łydkami ;) Mam swoje miejsce śniadanne, gdzie już nie dziwią się na mój widok, przywykli i przestali zwracać uwagę - każdego ranka siadam na bambusowej macie i jem ryż z zapachem kurczaka; potem jadę do miejsca kawowego, na cudownie wonną kawę, slucham lokalnych ploteczek i zbieram myśli przed pracą, wyciszam się.
Mam też miejsce na lunch, gdzie wiedzą, co mogę jeść a czego nie, co w moim przypadku jest elementem kluczowym. Złe jedzenie zatruwa moje ciało, a przede wszystkim duszę.
Mam też miejsce, gdzie kupuję pomarańczową papaję, prosto z plantacji i pachnące, maleńkie ananasy.
Rytuały.
Stałe elementy sprawiają, że rzeczywistość wokół mnie jest łatwiejsza do oswojenia i zrozumienia, zmienia się pojęcie przestrzeni wokół mnie, stopniowo moge ją rozciągać.
No i są fale - parę dni temu obudziłam się i poczułam, że chcę surfować. Teraz. Natychmiast.
To jak powrót chorego do zdrowia, po długiej i wyczerpującej chorobie - znowu jestem sobą, znowu w płynnym amoku. Znowu godzinami siedzę między falami.
Zanurzam się w oceanie.
Teraz już jest dobrze.
Znalazłam swoje miejsce w tym absolutnie obcym i nieprzyjaznym dla mnie świecie.
I czasami nawet bywam tu szczęśliwa.