Lubię jechać o świcie, świat jest wtedy o wiele piękniejszy.
W porannym słońcu zawsze czuje dreszczyk emocji; mieszaninę straszków, ekscytacji i podniecenia. Ależ to będzie piękny dzień!
Jeden dzień nad morzem w zupełności mi wystarczył. Gna mnie dalej. Byle dalej :)
Ostatnie spojrzenie na plażę - tym razem po nie-turystycznej stronie:
Prom na stały lad i lunch w nadgranicznym, uroczym i kolorowym (?) miasteczku.
I to już koniec Wietnamu.
Cieszę się, ze mogłam przejechać Delte Mekongu - dzięki temu mam słoneczne, pełne uśmiechów wspomnienia ale nie sadzę, żebym kiedyś do Wietnamu wróciła, w każdym bądź razie, nie z własnej woli i ochoty.
Showing posts with label Mekong Delta. Show all posts
Showing posts with label Mekong Delta. Show all posts
Nadmorskie wakacje
Jaki to dziś dzień? Już nawet nie pamiętam, ze inne życie niż na rowerze istnieje.
Poranna kawa ze stopami w piasku. Rozkosz.
Pracowity poranek - popatrzę trochę przed siebie.
Potem w prawo.
Potem w lewo.
A potem pod stopy.
No ten widok, choć piękny, radosny akurat nie jest bo oznacza zero kąpieli. Oszukali !
Pozostaje wiec patrzenie jak płynie czas.
Wyspa Phu Quoc
Myślił, myślił i wymyślił ;)
Głowiłam się jakby tu uniknąć 90 km koszmarnie wąską i zatłoczoną droga do granicy i wymyśliłam mały trick - z Rach Gia promem na wyspę Phu Quoc, potem trochę po wyspie i następnego dnia promem ale prosto do Ha Tien na granice z Kambodżą.
Załadowanie roweru na prom okazało się łatwizną w porównaniu z ładowaniem motorów.
Niezmiennie fascynuje mnie fakt, ze mimo początkowego chaosu, dezorientacji i ogólnego braku informacji i organizacji, wszystko i tak odbywa się płynnie i na czas. Tysiące pakunków, tobołeczków i paczek załadowano sprawnie, ludzie tłocząc się bez nerwów; załadowani i odpływamy punktualnie. Na pokładzie wesołe zawodzenie karaoke, tulące do snu. Chwila spokoju.
Już dawno nauczyłam się ufać, że wszystko będzie dobrze, nie zgubią roweru, bagażu, mnie, nie utoniemy etc. Tym razem tez się udało. Bardzo pysznie to wymyśliłam i strasznie zadowolona z siebie wylądowałam na rajskiej wyspie, prosto w objęcia morza.
Na rajskiej wyspie, oczywiście w wydaniu wietnamskim. Każdy kto był w Wietnamie wie o czym mówię. Ruch, hałas, motory, śmieci itepe itede. Delikatnie mówiąc wietnamska wizja wakacji rozmija się z moim wyobrażeniem o hamaku z szumem morza w tle. Daleko. Nowe hotele i restauracje budowane są wzdłuż ruchliwej drogi, bo jak wiadomo największą przyjemnością jest jedzenie z widokiem na śmigające motory, a ich nieustające trąbienie to dodatkowa atrakcja. Rozkosz.
Na szczęście jest jeszcze parę miejsc, które doceniają tradycyjne podejście do wyspiarstwa - knajpa z widokiem na morze, z nogami w piasku, gdzie można leniwie sączyć piffko i zajadać się krewetkami. Ale właścicielami takich miejsc są z reguły obcokrajowcy. No cóż, Wietnamcy jeszcze nie bardzo wiedza o co chodzi.
Głowiłam się jakby tu uniknąć 90 km koszmarnie wąską i zatłoczoną droga do granicy i wymyśliłam mały trick - z Rach Gia promem na wyspę Phu Quoc, potem trochę po wyspie i następnego dnia promem ale prosto do Ha Tien na granice z Kambodżą.
Załadowanie roweru na prom okazało się łatwizną w porównaniu z ładowaniem motorów.
Niezmiennie fascynuje mnie fakt, ze mimo początkowego chaosu, dezorientacji i ogólnego braku informacji i organizacji, wszystko i tak odbywa się płynnie i na czas. Tysiące pakunków, tobołeczków i paczek załadowano sprawnie, ludzie tłocząc się bez nerwów; załadowani i odpływamy punktualnie. Na pokładzie wesołe zawodzenie karaoke, tulące do snu. Chwila spokoju.
Już dawno nauczyłam się ufać, że wszystko będzie dobrze, nie zgubią roweru, bagażu, mnie, nie utoniemy etc. Tym razem tez się udało. Bardzo pysznie to wymyśliłam i strasznie zadowolona z siebie wylądowałam na rajskiej wyspie, prosto w objęcia morza.
Na rajskiej wyspie, oczywiście w wydaniu wietnamskim. Każdy kto był w Wietnamie wie o czym mówię. Ruch, hałas, motory, śmieci itepe itede. Delikatnie mówiąc wietnamska wizja wakacji rozmija się z moim wyobrażeniem o hamaku z szumem morza w tle. Daleko. Nowe hotele i restauracje budowane są wzdłuż ruchliwej drogi, bo jak wiadomo największą przyjemnością jest jedzenie z widokiem na śmigające motory, a ich nieustające trąbienie to dodatkowa atrakcja. Rozkosz.
Na szczęście jest jeszcze parę miejsc, które doceniają tradycyjne podejście do wyspiarstwa - knajpa z widokiem na morze, z nogami w piasku, gdzie można leniwie sączyć piffko i zajadać się krewetkami. Ale właścicielami takich miejsc są z reguły obcokrajowcy. No cóż, Wietnamcy jeszcze nie bardzo wiedza o co chodzi.
Ban Xeo
Ban Xeo - boskie naleśniki. Jako bezglutenowa i bezchemiczna wegetarianka łatwo w życiu nie mam. Oprócz codziennego ryżu z jajkiem, czasem udaje mi się upolować ulubione naleśniki z maki ryżowej i mleka kokosowego z dodatkiem kurkumy.
Cieniusieńkie - smażone w woku na żywym ogniu.
Do tego talerz ziół, które samemu wkłada się do środka
A kawałki naleśnika z nadzieniem macza się w rybnym sosie, pycha!
Cieniusieńkie - smażone w woku na żywym ogniu.
Do tego talerz ziół, które samemu wkłada się do środka
A kawałki naleśnika z nadzieniem macza się w rybnym sosie, pycha!
Subscribe to:
Posts (Atom)



















