Myślił, myślił i wymyślił ;)
Głowiłam się jakby tu uniknąć 90 km koszmarnie wąską i zatłoczoną droga do granicy i wymyśliłam mały trick - z Rach Gia promem na wyspę Phu Quoc, potem trochę po wyspie i następnego dnia promem ale prosto do Ha Tien na granice z Kambodżą.
Załadowanie roweru na prom okazało się łatwizną w porównaniu z ładowaniem motorów.
Niezmiennie fascynuje mnie fakt, ze mimo początkowego chaosu, dezorientacji i ogólnego braku informacji i organizacji, wszystko i tak odbywa się płynnie i na czas. Tysiące pakunków, tobołeczków i paczek załadowano sprawnie, ludzie tłocząc się bez nerwów; załadowani i odpływamy punktualnie. Na pokładzie wesołe zawodzenie karaoke, tulące do snu. Chwila spokoju.
Już dawno nauczyłam się ufać, że wszystko będzie dobrze, nie zgubią roweru, bagażu, mnie, nie utoniemy etc. Tym razem tez się udało. Bardzo pysznie to wymyśliłam i strasznie zadowolona z siebie wylądowałam na rajskiej wyspie, prosto w objęcia morza.
Na rajskiej wyspie, oczywiście w wydaniu wietnamskim. Każdy kto był w Wietnamie wie o czym mówię. Ruch, hałas, motory, śmieci itepe itede. Delikatnie mówiąc wietnamska wizja wakacji rozmija się z moim wyobrażeniem o hamaku z szumem morza w tle. Daleko. Nowe hotele i restauracje budowane są wzdłuż ruchliwej drogi, bo jak wiadomo największą przyjemnością jest jedzenie z widokiem na śmigające motory, a ich nieustające trąbienie to dodatkowa atrakcja. Rozkosz.
Na szczęście jest jeszcze parę miejsc, które doceniają tradycyjne podejście do wyspiarstwa - knajpa z widokiem na morze, z nogami w piasku, gdzie można leniwie sączyć piffko i zajadać się krewetkami. Ale właścicielami takich miejsc są z reguły obcokrajowcy. No cóż, Wietnamcy jeszcze nie bardzo wiedza o co chodzi.