O świcie,
Zakamary nabierają blasku.
Życie budzi się migocąc słonecznymi cekinami,
wypręża się kolczasty grzbiet biurowego pancernika
Wstaję.
I pryskają bańki ze snami.
Garb się napina, ciąży coraz bardziej, aż przygniata do ziemi.
I już nie da sie ukryć
szaropłaskiej przeciętności.
Wyszła z cienia.
Podkulam ogon i czmycham za szafę.
A może dziś się uda ?
