Dziś, jadąc do pracy, przebijałam się jak zwykle prze zatłoczone i szybkie ulice. W kolejnym zakorkowanym miejscu utknęłam za odkrytą ciężarówką - na pace siedziało kilkunatsu młodocianych chłopców, ok. czternastoletnich - ewidentnie jechali do pracy na budowę. Uśmiechali się, gadali wesoło. Jeden z nich siedział cicho.
Kiedy mijałam ich, popatrzył na mnie przez chwilę a ja poczułam, że świat się zatrzymał. Serce stanęło mi z bólu - wszystko było w tym spojrzeniu - cała udręka tego świata, pracujące dzieci, bieda, brak miłości, pustka i przejmujący smutek. Jakoś nie mogę dojść do siebie, ciągle mam to spojrzenie przed oczami i ciągle tak samo ściska mi serce. :(
Jakoś ciężko mi dostrzegać na tej wyspie palmy, plaże i uśmiechy. Widzę aroganckich, chłodnych turystów, którzy z pozycji paniska kiwają głowami w kierunku "milutkich tubylców". Ci w pas się kłaniają i uśmiechają bez przerwy.
Ale kiedy Balijczyk się do mnie uśmiecha - ja mam w głowie, że właśnie wyleguje się pod drzewem paląc papierosa a jego żona zaharowywuje się, zarabiając na dom i zjamując sie dziećmi, że przemoc domowa jest powszechna i społecznie akceptowalna. Kobieta jest tu mniej niz nikim. Gdyby chciała się rozwieść, mąż dostanie wszystko: dzieci, dom, pieniądze.
Powszechna bieda wyłazi wszystkimi dziurami.
Do tego tony walających się wszędzie śmieci.
Gdzie ten raj ? Tylko za wysokimi murami.
Brzmi jak cliche, ale to niestety bardzo smutna i bolesna prawda.
