Na językach

Chiński to betka- to naprawdę prosty język, zero gramatyki, prosty szyk zdania, a tony, może i są, ale ja je całkowicie ignoruje a mimo to mogę dość swobodnie rozmawiać z dowolnie wybranym Chińczykiem .

Natomiast wietnamski - hmm, myślę, że jest to język, którego po prostu nie da się nauczyć ! Jestem tu 3 miesiące a nadal umiem jedynie (i to nie w pełni poprawnie) powiedzieć: "dziękuje". Wszystko inne mnie przerasta ! Tony w wietnamskim to naprawdę wyższa szkoła jazdy - ale nie tylko tony są problemem; dźwięki powstają w głębi gardła (stąd efekt,  "szczekania", niezwykle bolesny dla uszu ;)))  a nie z przodu otworu gębowego.

Nazwy mojej miejscowości uczę się już dwa tygodnie i NADAL, kiedy mówię, gdzie mieszkam, napotykam puste spojrzenie. Kilka prób różnych wersji i nic. Wyć się chce. Nie tylko moja wymowa jest tragiczna ale też absolutny brak wysiłku z drugiej strony nie pomaga ;) Częsta reakcja:  to mieszkasz w Chinach, tak ? (WTF ?)   A chodzi o : BINH DUONG , wymawia się to jako coś w rodzaju: "ben juuuuuuung" przy czym samogłoski "e" i "u" są produkowane z głębi ściśniętego gardła - awykonalne ! ;)

Jak pomyślę o pójściu do restauracji, gdzie nie ma menu po ang, to mi od razu słabo i jeść się odechciewa. Bo jak tu wytłumaczyć, ze jestem wegetarianką po pierwsze językowo a po drugie w tym kraju ten koncept po prostu nie istnieje ! O nietolerancji na gluten i sosy nawet nie zaczynam ;)))