Od niedawna jestem wegetarianką (ponownie, po blisko 15 latach jedzenia mięsa) i żywię się głównie lokalnym rarytasem - zupą pho - to jest wywarem z warzyw z makaronem ryżowym i dodatkiem świeżej bazylii i kiełków fasoli mung. Pycha !
Ale, ale, wegetarianizm to koncept zupełnie obcy dla Wietnamczyków- kiedy mówię w restauracji, że nie jem mięsa patrzą na mnie pustym wzrokiem (tak przy okazji, ostatnio wyjątkowo często spotykam się tu z tym rodzajem spojrzenia ;)) - ale że co ? A ryz smażony z kurczakiem może być ? Taaaa
A wydawałoby się, ze to kraj buddyjski, tymczasem nie do końca, wielu buddystów je bezmięsnie tylko dwa dni w miesiącu ale to i tak wtedy mięso zastępowane jest produktami na bazie tofu, łudząco przypominającymi mięso, o podejrzanym składzie bliżej nieokreślonego pochodzenia (zważywszy na żywo różowy kolor ;)))
Tak więc jedzenie stało się wielkim problemem. Jak na razie jest mi bardzo ciężko napełnić żołądek ! W Sajgonie było całkiem ok, ale na mojej wsi - żywcem nie mam co jeść ! :)
